Poprzedni

Historia o kocie

Następny


Długie ale niesamowicie śmieszne

Autentyczna historia opisana przez jednego z użytkowników na pewnym
forum, musiałam się tym podzielić.
(Uwaga! Pisownia oryginalna bez cenzury.)


Czy ta historia może być prawdziwa?
Posiadam. Wróć. Moja żona posiada kota, rasy kotka, rasy czarnej, rasy
ze schroniska, rasy małe kocię. Guzik by mnie to obchodziło gdyby nie
fakt, że jest małe, że chodzi to to bez przerwy za mną i trzeszczy - a
to na ręce, a to żreć, a to trzeszczy dla samego trzeszczenia, zupełnie
jak jej pani. Generalnie pogłaskać mogę, kopnąć jakąś rzecz, która leży
na ziemi żeby kot za nią biegał też, niech chowa się zdrowo do czasu, aż
raz zapomnę zamknąć terrarium i zajmie się nim mój wąż, reszta to nie
mój problem. Ale do czasu. Staje się to moim problemem gdy moja
współmałżonka udaje się w celach służbowych gdzieś tam na ileś
tam. I spada na mnie karmienie, wyprowadzanie i sprzątanie po tym całym
tałatajstwie. Jako że to zawsze lekko olewam i robię wszystko w ostatni
dzień przed powrotem małżonki nie nastręcza mi to wiele problemów.

Kot jest od niedawna i od niedawna jest nowy zwyczaj - niezamykania
łazienki, gdyż w niej znajduje się urządzenie zwane potocznie kuwetą,
do którego kot robi to samo co ja w toalecie, czyli wchodzi i może
spokojnie pomyśleć. Mnie jednak uczono całe życie zamykać te cholerne
drzwi do łazienki za sobą, więc stale żona mi trzeszczała, że kot tam
nie może wejść i "myśleć". Ja jestem stary i się nie nauczę, poza tym
mieszkam tu dłużej niż ten kot, sam dom stawiałem, moje drzwi, mój
kibel, wypierdalać więc. I postawiłem na swoim. Od jakiegoś czasu kot
chodzi do toalety razem ze mną. Jak nie ma małżonki to musi zazwyczaj
czyhać na mnie albo miauczeć coby przypomnieć, że trzeba mu łazienkę
otworzyć, bo jak jest żona to ona ma już w biosie zaprogramowane - ja
wychodzę i zamykam, ona idzie i otwiera, żeby kot mógł wejść - taka
technologia po prostu. Czasem kot skacze na klamkę, ale ma jeszcze zbyt
małą wyporność i zwisa na niej bezradnie. Jednak jak moja żona będzie
nadal go tak karmić- to w szybkim tempie będzie za każdym razem klamkę
upierdalał - a wtedy wiadomo - wąż.

Dobrze więc, uporządkuję: żona - delegacja, ja - praca. Wracam, wchodzę
do domu, kot przy drzwiach do łazienki skwierczy, bo jak wychodziłem to
zamknąłem za sobą. Ok, kotku mnie się też chce. Idziemy razem - ja
toaletka, okienko uchylam, papierosik (bo żona będzie za trzy dni - więc
spokojnie wywietrzę) kotek swoje, ja przez okienko spoglądam, jest
cudnie. Kotek wskakuje na kaloryfer, na parapecik i patrzymy razem przez
okno. No cudnie. Kot skończył dawno, ja teraz, pet do muszli, spuszczam
wodę, a ten mały skurwiel jak nie śmignie i sru za tym petem z tego
parapetu i do kibla. Zakręciło nim dwa razy i kota nie ma. Nawet nie
zdążył miauknąć. No ja pierdolę. Nie ni chuja to niemożliwe jest.
Przecież nawet taki mały kot jest kurwa za duży, żeby przejść tym
syfonem. Ale słyszę tylko pizdut - oż kurwa, no to nie mogło mi się
zdawać - coś ciężkiego poszło w pion. Kurwa, wszyscy święci w trójcy
jedyny Boże, ukazali mi się przed oczami. Kot kurwa popłynął wprost w
odmęty prawego dopływu królowej polskich rzek.

Lecę kurwa na dół do piwnicy, choć może powinienem od razu do
schroniska, zanim wróci moja żona - nie ma wafla, znajdę jakiegoś małego
czarnego skurwiela z białą krawatką, nie było jej kilka dni, może się
nie połapie. Ale chuj, najpierw do piwnicy - zbiegam po schodach,
słucham - coś drapie w rurze, pion, kawałek płaskiej rury - miauczy -
jest, kurwa, żyje i nie poleciał do sieci miejskiej. Nawet jak teraz
zdechnie to chuj, przynajmniej będę miał jego truchło i powiem, że kojfnął
z przyczyn naturalnych albo tylko lekko nienaturalnych, bo prz
ecież mi
baba nie uwierzy za chuja trefla, że kot sam wpadł do kibla. Ale na
razie drapie i żyje.

Znalazłem taki wziernik, gdzie można zaglądnąć do tej rury i wołam.
Kici, kici! Ni chuja, nie przyjdzie, wołam, wołam, a ten kurwa głąb
zamiast przyjść do mnie to kurwa chce iść tam skąd przyszedł, czyli do
góry w pion. Ja go wołam, a on do góry drapie. I udrapie, udrapie
kilkanaście centymetrów i zjazd w dół. No pojebało i mnie, że tu stoję i
jego (kota) Tak przez pół godziny. Prosiłem, wołałem, błagałem,
groziłem, wabiłem żarciem i ni chuja, uparł się i nic tylko rurą do
góry z powrotem do kibla. Za daleko, żeby włożyć rękę, grabie czy
cokolwiek. Jedyna metoda - fight fire with fire - ogień zwalczaj ogniem.

Zatkałem tę rurę przy wzierniku deszczułkami, których używam na podpałkę
do kominka, żeby kot nie popłynął już nigdzie dalej i z buta na górę do
kibla - geberit i woda w dół - bombs gone. I bieg do piwnicy. Po drodze
słyszę jak się przewala po rurach - podziałało. Wbiegam do piwnicy i
kurwa koniec świata. Nie ma moich deszczułek - no może z jedna, cała
prowizoryczna tama poszła w chuj i kota też nie słychać już. Ja
pierdolę. Kurwa, gdzie ta rura teraz idzie - coś mi świtnęło, że
kanalizacja w ulicy, dom od ulicy ze 30 metrów - może nie wszystko
stracone i gdzieś się zwierzak zatrzymał po drodze.

Biegnę na ulicę, jest studzienka - mam nadzieję, że to od mojego domu.
Ni cholery jej nie podniosę. Ciężka jak szlag i nie ma za co chwycić.
Powrót do domu i pogrzebacz od kominka, tym może uda się to podważyć. Ni
cholery - najpierw ugiąłem, potem złamałem żelastwo. Myśl! Auto stoi na
ulicy - mam pas do holowania, może uda się to szarpnąć. Hak, pas,
wsteczny - poszło, aż zakurzyło. Po jaką cholerę takie te wieka robią
ciężkie. Smród jak cholera, ale złażę tam - ciemno jak w dupie,
rura jest, wygląda, że idzie od mojego domu. Latarka. Kurwa, mam w
aucie, chujowa, ale może starczy. Włażę po raz drugi- smród mnie już nie
zabije - przywykłem po chwili. Zaglądam i jest, oczyska mu się tylko
świecą. I znów ta sama bajka. Kici, kici, kici, a ten mały skurczybyk
spierdziela w drugą stronę. No ja pierdolę. Szlag mnie trafi. Długo tu
nie wysiedzę, jest zimno, śmierdzi, a na dodatek ktoś mi zwali tę pokrywę
na łeb i moje problemy się skończą jak nic. Nie chcesz po dobroci, to
będzie po złości.

Do domu, po brezent. Wyłożyłem dno studzienki, tak by mi nie wpadł
głębiej. Zużyłem wszystkie taśmy samoprzylepne, plastry, żeby nie
wpadł do głównej nitki kanalizacyjnej. Zaglądam co chwilę do rury, ale
słyszę tylko miauczenie i nic nie widzę. Poszedł gdzieś w pizdu.
Jeszcze tylko trójkąt, żeby nikt się w tę otwartą studzienkę nie
wpierdolił, bo na ulicy ciemno. Sąsiad, kurwa, ciekawski, widziałem
żłoba jak patrzył przez okno, jak próbowałem pogrzebaczem podnieść
wieko. Nie przyszedł pomóc, a teraz chuj złamany stoi i się dopytuje. Co
mam mu kurwa powiedzieć? Że przepycham kotem kanalizację? Idźżesz w
chuj, pacanie.
Powiedziałem mu w końcu, żeby poszedł do domu i pozatykał sobie też
wszystkie otwory, bo na początku osiedla była awaria i wszystkie ścieki
się wracają i wybijają w domach - a ten baran się przestraszył, poleciał
i przed swoim domem siłuje się z pokrywą. Niech ma za swoje.

Wracając do kota - bo menda tam siedzi i nie chce wyjść. Mam wszystko
gotowe, więc do domu, jedna wanna, druga wanna, koreczek i napuszczam
wodę. Papierosik i czekam pod studzienką, bo nuż mu się zmieni i wyjdzie
dobrowolnie. Kurwa, drugi sąsiad przyszedł - po pięciu minutach następny
odmyka wieko, teoria samospełniającej się przepowiedni działa - kurwa,
ludzie to są barany. Idę do domu, obie wanny pełne, ognia - spuszczam
wodę z wanien i dokładam dwa spusty z dwóch spłuczek z domu. Nie ma
chuja, to go musi wygonić albo utopić.

Lecę na ulicę, woda wali na
brezent aż huczy, a tego skurwiela dalej nie
wylało z kąpielą. Kurwa mać, urwało się wszystko w pizdu i popłynęło, bo
ileż to utrzyma tej wody. Brezent, taśmy, plastry, sznurki - w chuj -
jak się to gdzieś przytka, to będę miał przejebane. Znowu do domu po
drugi pogrzebacz, bo trzeba zamknąć ten pierdolony dekiel. Wchodzę - a
ten skurwiel kot tarza się w sypialni po łóżku. No ja pierdolę! Jak on
kurwa wyszedł, którędy? Ano kurwa wziernikiem w piwnicy - zostawiłem
otwarty. Ja kurwa stoję i marznę a ten gnój tarza się w mojej pościeli.
Zajebię. Przerobię na pasztet. I jeszcze z radości włazi na mnie. Kurwa
mać. Przynajmniej kuleje.

Straty: zajebane łazienki, w obu przelała się woda z wanien, zajebana
piwnica, bo zostawiłem otwarty wziernik i duża część wody poleciała na
piwnicę. Pościel w sypialni do wyjebania, brezent z reklamą firmy -
poszedł w chuj, latarka - w chuj, pogrzebacz w chuj. Afera na ulicy jak
chuj.


pozdrawiam!
Adres strony z tekstem:
Ocena: 1 (Głosów: 1) Komentarzy : 0 Odsłon: 13330
Dodał: Łukasz
Data dodania: 18.12.2009
Kanał: Dowcipy
Typ: Teksty