Bieszczady to nie tylko szlaki turystyczne i połoniny. Region skrywa historie, zjawiska i miejsca, o których większość odwiedzających nie ma pojęcia. Poniższe fakty zmieniają sposób patrzenia na te góry – od tajemniczych świateł na niebie, przez zapomniane wsie, po zwierzęta, które oficjalnie tu nie istnieją.
Bieszczady świecą nocą – i nie chodzi o gwiazdy
Nad Połoniną Wetlińską i okolicami Ustrzyk Górnych regularnie pojawiają się dziwne świetlne zjawiska. Lokalni przewodnicy nazywają je „bieszczadzkimi UFO”, choć naukowcy mają prostsze wyjaśnienie – to efekt jonosferyczny zwany świeceniem powietrznym. Problem w tym, że zjawisko występuje tu znacznie częściej niż w innych górach.
Część badaczy łączy to z unikalnym składem skał w tym rejonie oraz niskim zanieczyszczeniem świetlnym. Bieszczady mają jeden z najciemniejszych nieb w Polsce, co czyni je idealnym miejscem do obserwacji astronomicznych. Nie bez powodu powstał tu Bieszczadzki Park Ciemnego Nieba – jeden z nielicznych w Europie.
W pełni bezksiężycowej nocy można zobaczyć gołym okiem do 7000 gwiazd. Dla porównania – w Warszawie widocznych jest ich około 200.
Wsie, które zniknęły z map (ale nie do końca)
Akcja Wisła z 1947 roku wyludniła Bieszczady niemal całkowicie. Z ponad 300 wsi pozostały tylko fundamenty i zarośnięte sady. To, co zaskakuje, to skala – na obszarze Bieszczadzkiego Parku Narodowego znajdowało się kiedyś około 80 osad.
Wiele z nich odkrywa się przypadkiem podczas wędrówek. Charakterystyczne ślady to stare grusze i śliwy rosnące w środku lasu, kamienne podmurówki chat oraz zarośnięte studnie. Szczególnie widoczne pozostałości znajdziesz w okolicach Połoniny Caryńskiej i w dolinie Wołosatego.
Ciekawostką jest fakt, że niektóre z tych miejsc mają swoich „opiekunów”. Potomkowie wysiedlonych rodzin wciąż odwiedzają rodzinne wsie, dbają o cmentarze i odnawiają kapliczki. W Bereście Wyżnym funkcjonuje nawet niewielkie muzeum poświęcone tym zaginionym miejscowościom.
Wilki, które nie boją się ludzi (i dlaczego to problem)
Bieszczady to największa populacja wilków w Polsce – żyje tu około 60-70 osobników. W przeciwieństwie do wilków z innych regionów, bieszczadzkie nauczyły się żyć blisko człowieka. Regularnie pojawiają się na parkingach przy szlakach, a nocą odwiedzają okolice schronisk.
To efekt kilkudziesięcioletniego braku polowań i ograniczonej obecności ludzi. Młode wilki, które nigdy nie doświadczyły zagrożenia ze strony człowieka, traktują turystów z ciekawością, a nie strachem. Paradoksalnie – to właśnie takie oswojenie może być dla nich niebezpieczne w przyszłości.
Wilki w Bieszczadach mają swoje ulubione „trasy”. Jeden z watah regularnie przemierza szlak z Wołosatego na Tarnicę – zawsze tą samą ścieżką, zawsze o podobnej porze.
Co robić przy spotkaniu z wilkiem
Nie uciekać – to najważniejsze. Wilk interpretuje ucieczkę jako zaproszenie do pogoni. Zamiast tego należy stanąć spokojnie, ewentualnie powoli się wycofać. Głośne krzyki i machanie rękoma działają, ale tylko gdy zwierzę jest samo. Wataha reaguje inaczej – wtedy lepiej pozostać nieruchomym.
Bieszczadzkie konie, które przeżyły wojnę
Huculskie konie pasące się na połoninach to nie dekoracja dla turystów. To jedna z najstarszych ras konnych w Europie, która przetrwała dzięki bieszczadzkiemu odizolowaniu. Podczas II wojny światowej większość stad została zniszczona, ale kilkadziesiąt koni ukryło się w górskich lasach.
Dzisiejsza populacja pochodzi właśnie od tych „dzikich” osobników. Charakteryzują się niezwykłą wytrzymałością – potrafią przeżyć zimę na połoninie bez dodatkowego karmienia, żywiąc się tylko tym, co wykopią spod śniegu. Ich kopyta są tak twarde, że nie wymagają podkuwania.
Warto wiedzieć, że te konie mają status rasy zagrożonej. W całej Polsce żyje ich około 1500, z czego prawie połowa w Bieszczadach. Każdy osobnik jest zarejestrowany i ma swoją dokumentację rodowodową.
Podziemne tunele i bunkry z czasów zimnej wojny
Pod szczytami bieszczadzkimi kryje się sieć militarnych obiektów z lat 60. i 70. XX wieku. Największy kompleks znajduje się pod Tarnicą – system tuneli rozciąga się na kilkaset metrów. Oficjalnie są zamknięte i niedostępne, ale wejścia wciąż istnieją.
Budowle miały służyć jako punkty obserwacyjne i łączności na wypadek konfliktu z NATO. Część z nich jest zalana wodą, inne zawalały się naturalnie. Niektóre schrony zostały zaadaptowane przez zwierzęta – nietoperze zimują w dawnych pomieszczeniach technicznych.
Lokalni przewodnicy znają lokalizacje większości obiektów, choć niechętnie o nich mówią. Wchodzenie do nich jest nielegalne i niebezpieczne – konstrukcje niszczą się, a ryzyko zawalenia jest realne.
Bieszczadzkie jeziora, których nie ma na mapach
Oprócz znanego Jeziora Solińskiego, w Bieszczadach istnieją mniejsze zbiorniki wodne, które pojawiają się i znikają w zależności od pory roku. Największe z nich to Tarnawa Wyżna – jezioro powstające wiosną z roztopów, które latem całkowicie wysycha.
Jeszcze ciekawsze są tzw. „oczka wodne” na połoninach – małe, często nie większe niż kilka metrów średnicy, zbiorniki o nieznanym pochodzeniu. Niektóre z nich mają stałą temperaturę przez cały rok, co sugeruje zasilanie wodami podziemnymi. Lokalna legenda mówi, że to pozostałości po meteorytach, choć geolodzy tłumaczą je procesami krasowymi.
Niedźwiedzie w Bieszczadach – więcej niż myślisz
Oficjalne szacunki mówią o 20-30 niedźwiedziach w polskich Bieszczadach. Nieoficjalne dane strażników parkowych sugerują, że może być ich nawet dwa razy więcej. Problem w tym, że niedźwiedzie bieszczadzkie są wyjątkowo skryte i unikają ludzi znacznie skuteczniej niż ich tatrzańscy kuzyni.
Średnio jeden na stu turystów wędrujących po Bieszczadach widzi niedźwiedzia. Ale każdy niedźwiedź widzi średnio dziesięciu turystów dziennie – i po prostu się chowa.
Największą aktywność wykazują wczesnym rankiem i późnym wieczorem. Ślady obecności – odchody, rozdrapane pnie, wywrócone kamienie – można znaleźć praktycznie na każdym szlaku. Strażnicy parku regularnie znajdują też „niedźwiedzie łazienki” – miejsca, gdzie zwierzęta tarzają się w błocie.
Mikroklimaty, które zmieniają się co kilometr
Bieszczady mają jedną z najbardziej zmiennych pogód w Polsce. Na Połoninie Wetlińskiej może świecić słońce, podczas gdy pięć kilometrów dalej, w dolinie Wołosatego, leje deszcz. To efekt specyficznego ukształtowania terenu i kierunków wiatrów.
Szczególnie widoczne jest to na tzw. „granicy drzew” – linii, powyżej której nie rosną już lasy. W Bieszczadach przebiega ona na wysokości 1150-1250 metrów n.p.m., czyli znacznie niżej niż w Tatrach. Powód? Silne wiatry i ekstremalne warunki zimowe, które uniemożliwiają wzrost drzew.
Ciekawostką jest też zjawisko inwersji termicznej – w dolinkach bywa zimniej niż na szczytach, szczególnie w bezchmurne noce. Różnica temperatur może sięgać 10 stopni Celsjusza na dystansie kilkuset metrów.
